czwartek, 10 stycznia 2013

Mój jazz

Przez większą część życia słuchałam (a nawet nieco pośpiewałam tu i ówdzie) muzyki rockowej, tudzież do rocka zbliżonej. Do światka nie specjalnie pasowałam, bo drugs, sex and rock'n'roll to niekoniecznie mój sposób na życie - wystarczy smocze palenie papierosów przez lat 6 (i od jakichś 6 już nie tykanie śmierdziuchów - się pochwalę, a co!). Zawsze ważniejsza była Rodzina (moja wielka, niedzisiejsza stało-uczuciowość i potrzeba utrzymywania kontaktów na wszystkich poziomach w miarę sił i czasu) i  "normalna" praca - taka, która pozwoli na godne życie i spełnianie własnych i cudzych marzeń raz na czas jakiś. Przygoda z muzyką była marzeniem właśnie. Pieniądze pożerała, nie dawała. Dla mnie była niezwykłym doświadczeniem i pasją. Ale absolutnie nie wspięliśmy się na poziom pozwalający na myślenie o porzucaniu wszystkiego w celu zostania gwiazdą rocka - moja odpowiedzialność i zdrowy rozsądek nie pozwoliły by na taki spontan. Generalnie, przygoda z zespołem pozwoliła mi  na odkrycie siebie i stwierdzenie, że właśnie nie pasuję do tej układanki, że jestem zbyt "poprawna", a nie spontaniczna, szałowa, rock'n'rollowa, etc., ku zaskoczeniu co poniektórych. Dlatego też, wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że gwiazdą rocka już nie będę. Ehh.

Tymczasem, stanowczo złagodniałam muzycznie. Fali gitar i buntowniczych wokali potrzeba mi z rzadka. Brutalny, hałaśliwy świat wokół, media dostarczające rozrywki coraz wyższych lotów (sic!), pęd w pracy i po pracy, obowiązki, ambicje, ciągłe nienasycenie w wielu sferach życia, zazwyczaj wystarczają za tę rockową cząstkę mnie. Po powrocie do naszego gniazdka, najbardziej potrzebuję ciepłych dźwięków i pogodnych filmów o czymś.

Do rzeczy. Nie jestem amatorką takiego, nazwijmy to, korzennego jazzu, za cienka jestem na to i zamiast się delektować, za każdym razem staram się wielce, żeby odnaleźć urok w niezrozumiałym dla mnie i za trudnym muzycznym haosie. Dlatego właśnie, powyższego, uwielbiam koncerty w Jazz Cafe, gdzie mogę zasiąść tuż, tuż obok, znakomitych muzyków jazzowych szalejących w jadalnej dla mnie, przepysznej formie.

Z okazji urodzin, z lekkim wyprzedzeniem, Mąż zabrał mnie na koncert Grzegorza Turnaua. Tu poczynię wyznanie, iż uwielbiam Pana, Panie Grzegorzu, z kochaniem wyrywać się nie będę, nie przystoi. Artysta za instrumentem to pojawiał się przede mną, to znikał za plecami rosłego widza na krześle przede mną, ale cóż to była za uczta. Z szeroko otwartymi ślepiami śledziłam każdy ruch, na przemian, basisty i saksofonisty. Perkusista skrywał się skrzętnie za postawną sekcją dętą. Cudnie było zobaczyć twórcę tego charakterystycznego brzmienia w wielu utworach (saksofon sopranowy, zdaje się), Pana Leszka Szczerbę w akcji. Trudno opisać taki wieczór, skojarzenia, mgnienia, mrugnięcia, wzruszenia, wspomnienie o Panu Wasowskim, tekst Młynarskiego, liczne doskonałe cytaty, bo i Sting się pojawił i McCartney. Oczywiście czekałam na deszcz z Brackiej i bujanie między ciszą, ale niesamowicie było usłyszeć Pana Grzegorza w innych kompozycjach. A na kolana powaliło mnie wykonanie utworu Na plażach Zanzibaru, gdzie Turnau wystąpił w podwójnej roli: siebie i Sebastiana Karpiela-Bułecki, mało nie pospadaliśmy z krzeseł. Genialne! Nie mogło także zabraknąć wspólnego śpiewania - wybór padł na utwór Liryka, liryka do słów Gałczyńskiego.

Podsumowując, cudny wieczór, który na pewno na długo pozostanie w mej pamięci, kolejny w Jazzie, do którego chcę i mam nadzieję, że dane mi będzie wracać i wracać. Ot, taki sobie, niewielki lokal, rodzinna atmosfera, ciepła herbata, zamiast wyskokowego drynka, jak na mnie przystało i fantastyczna szarlotka na ciepło z lodami. Wymarzone urodziny! Dziękuję.

Brak komentarzy:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
 
speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com