czwartek, 26 grudnia 2013

Tatar z łososia

Jak można łatwo zauważyć, przepisów na moim blogu nie ma zbyt wielu, a to już drugi z wykorzystaniem łososia - jednej z moich ulubionych ryb. Co prawda już (prawie) po Świętach, ale taka przystawka sprawdzi się doskonale nie tylko w świątecznym czasie.


Do przygotowania mojego łososia wykorzystałam 800 gramów świeżego filetu z łososia. Ilość znakomita na jakieś dziesięć osób (może z szansą na dokładkę, zależy jak duże porcje rybki przygotujecie). Należało delikatnie usunąć z niego skórę i solidne ości, a następnie drobniutko posiekać (zdecydowanie odradzam mielenie).


Do tak przygotowanej łososiowej masy dodajemy 2 łyżki soku z cytryny, cztery łyżki oliwy z oliwek oraz pieprz i sól do smaku. Całość mieszamy i wkładamy na chwilę do lodówki, żeby masa lekko się "ścisnęła".


Wymyśliłam, że moje łososiowe przystawki będą miały kształt gwiazdek i wykorzystałam do tego foremkę do pierniczków, która doskonale się sprawdziła. Gwiazdki ułożyłam na liściach sałaty, ozdobiłam kaparami, marynowanym imbirem, pokrojonym w paseczki zielonym ogórkiem i czerwoną cebulą. Smacznego!

sobota, 14 grudnia 2013

Jakie kolory mają moje hiacynty?

Obiecałam, ze pochwalę się, gdy kwiaty zakwitną i oto są...


Biała donica wypełniła się pięknymi, fioletowymi kwiatami. Pachnie teraz w całym domu!


Kupiłam także pojedynczą cebulę do pokoju i - ku mojej radości - zaczyna kwitnąć na biało. Idealnie pasuje do świątecznej osłonki w reniferowy wzór!

piątek, 13 grudnia 2013

Pudełko z Muchą

Od jakiegoś czasu marzy mi się jakiś akcent na ścianę nawiązujący do twórczości Alfonsa Muchy. Znalazłam nawet coś odpowiedniego, ale dopasowana do podłużnego obrazka rama kosztowała... sporo, do tego dorzucili wysyłkę w wysokości jednej trzeciej całych zakupów. W związku z czym darowaliśmy sobie.

Dużo większą frajdę mam ze znajdowania (i z samych poszukiwań) oryginalnych skarbów za niekoniecznie wielkie pieniądze. W tym wypadku naprawdę miałam poczucie naciągania bez sensu.

Wpadłam na pomysł poszukania jakichś dodatków ozdobionych dziełami Muchy i - ku mojej wielkiej radości - znalazłam przepiękne pudełko w Bibelociarni! Nie po raz pierwszy efekty pracy pani Ani przerosły moje oczekiwania. Skrzynia doskonale wpasowała się na naszą półkę. Dziękuję po raz kolejny i na pewno nie ostatni :)



niedziela, 1 grudnia 2013

Hiacynty

Na kuchennym parapecie zagościły pierwsze tegoroczne hiacynty. I tak oto w oknie stanęło okno. Dostałam w prezencie od Pawła piękną, drewnianą donicę z okienkiem. Przód ozdobiony jest tabliczką z reniferem, co dodaje świątecznego charakteru. Nie mogę się już doczekać kiedy zakwitną, bo nie wiem w jakim są kolorze!



wtorek, 12 listopada 2013

Pierwszy skrzydlaty gość

Pozazdrościłam Rodzicom skrzydlatych przyjaciółek. Mama od kilku lat przygotowuje sikorkom różne smakołyki. Znają już to miejsce i wracają z młodymi każdego roku.

My w zeszłym roku zrobiliśmy zabudowę balkonu, ze względów praktycznych, no i troszkę ze względu na Luśkę. Przeszklenie nieco skomplikowało sprawę i zawęziło pomysły na ewentualne instalacje do dokarmiania ptaków.

Kilka dni temu Paweł zrobił mi piękny prezent. Na barierce, za zabudową mam już maleńki, drewniany domek, do którego wsypałam odrobinę słonecznika i płatków owsianych. Wiem, że jest jeszcze za wcześnie i nie ma śniegu, ale chciałam, żeby zawczasu ptaszki zlokalizowały jadłodajnię. Poza tym, nie wytrzymałabym przecież!

Dzisiaj przyleciał do nas nareszcie pierwszy gość. Cieszę się bardzo, bo wiem, że na pewno będziemy mieli amatorów smakołyków, kiedy zrobi się zimniej, no i będzie można pomóc zwierzakom po prostu! Uwielbiam je podglądać :)


niedziela, 3 listopada 2013

Cztery koty

Lucynka marzy o zostaniu gwiazdą "Czterech Kątów", dlatego też zgłosiła się do udziału w plebiscycie i przesłała dyzajnerskie zdjęcie w naszym wnętrzu kuchennym. Towarzyszy jej przecudnej urody półeczka w stylu shabby chic oraz lala Lila.


Zagłosujcie na Lusię i pomóżcie jej zostać modelką wnętrzarskiego pisma! Szczegóły oraz zdjęcie znajdziecie na lucynkowej stronce na stronie "Czterech Katów". Zapraszamy i dziękujemy! Miauu :)

sobota, 21 września 2013

Witrynka

Po długich poszukiwaniach, w naszym domu zagościła nareszcie moja wymarzona witrynka!


Od początku chciałam, żeby zawisła w pokoju, nad łóżkiem. Poszukiwania przeprowadzaliśmy kilkukrotnie na warszawskim Kole, ale półka zawsze była za jasna, za ciemna, za mała, a kiedy już wpadło nam w oko coś odpowiedniego... nie miało kluczyka. Pan co prawda oświadczył, że "ooo, to taki uniwersalny zameczek to się coś bez problemu dobierze". Udał się do auta i przyniósł pęk kilkudziesięciu, przeróżnych kluczy (z których każdy na pewno pasuje) i do tego uniwersalnego zameczka nie pasował ku jego zadziwieniu żaden uniwersalny kluczyk. Próbował nas jeszcze odesłać do jakiegoś Szpecjalisty na środku targowiska, który to dorobi nam idealny klucz, ale się nie skusiliśmy.


Przez cały ten czas zaglądałam także niezmordowanie na Allegro. Mając jednocześnie świadomość, że kupowanie mebli tą drogą może niekoniecznie jest najmądrzejsze (no nie mam niezmiennie przekonania, bo niby można dochodzić swoich praw, zwracać towary, itd., ale z doświadczenia wiem, że takie "zabawy" przez internet nie są niestety wcale takie proste).


Wreszcie, jakieś 2-3 tygodnie temu wpadła mi w oko witrynka. Ach, zapomniałam nadmienić, że w między czasie Małżonek wyznał mi, że jakoś nie widzi tej witryny w pokoju (dobrze, że nie było już po wszystkim) i właściwie szukaliśmy białej witrynki do kuchni. Znalazłam brązową, ale uznaliśmy, że będzie pasowała do blatu, a wypełniona jasną porcelaną czy ceramiką nie obciąży kolorystycznie ściany.

Jednak, po przymiarce w kuchni, jakoś oboje nie mieliśmy przekonania. Poprosiłam Pawła o wycieczkę z meblem jednak do pokoju, tak z ciekawości, żeby zobaczyć, jak by to było...


Witryna wisi od kilku dni dokładnie w wymyślonym przeze mnie początkowo miejscu, ku radości - również - Męża! Pełen sukces! Nareszcie mogę schować bibeloty w bezpiecznym miejscu, ukryte przed kotkiem, który zagląda (póki co i oby tak zostało) jedynie przez okienko.

sobota, 17 sierpnia 2013

Bardzo proste ciasto z rabarbarem bez rabarbaru

Znowu, podobnie jak w zeszłym roku, przegapiałam rabarbarowy czas. No cóż, do trzech razy sztuka. Z braku potrzebnego składnika ponownie wykorzystałam, również doskonale się nadające, śliwki węgierki.


Przepis na ciasto rabarbarowe jest niezwykle prosty. Przygotowanie wszystkiego zajmuje jakieś 15 minut i sprowadza się do usunięcia pestek ze śliwek i miksowania, miksowania, miksowania. Potem już tylko leżakowanie w piekarniku i gotowe.


Do przygotowania ciasta z rabarbarem bez rabarbaru potrzebujemy:
4 jajek
3/4 szklanki cukru
0,5 szklanki oleju
1,5 szklanki mąki
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia (jako, że pomyliłam proszek do pieczenia z cukrem wanilinowym, bonusowo ciasto zawiera 0,5 łyżeczki tegoż - niechcący uzyskałam bardzo smaczny efekt)
kilka kropli aromatu waniliowego
0,5 kg śliwek (dla wersji z rabarbarem 0,5 kg rabarbaru)
cukier puder do posypania


Na początek oddziel białka od żółtek. Białka ubij na pianę, następnie - wciąż miksując - stopniowo dodawaj cukier, potem żółtka i olej. Dodaj mąkę, proszek do pieczenia i aromat waniliowy i nadal miksuj.

Zgodnie z przepisem, kolejnym krokiem jest dodanie owoców i wymieszanie całości. Ja przelałam przygotowane ciasto do formy do tart (odpowiednia będzie średnica 26 cm) i powpychałam delikatnie ćwiartki śliwek. Owoce nie powinny zbyt wyglądać na zewnątrz, żeby się nie wysuszyły podczas pieczenia.

Ciasto pieczemy przez godzinę w temperaturze 170 stopni z termoobiegiem. Po wyjęciu posypujemy po wierzchu cukrem pudrem. Pycha! Smacznego.

Aniu, dziękuję po raz kolejny za świetny przepis :)

niedziela, 11 sierpnia 2013

Poupałowy powrót do życia

Nareszcie temperatura spadła do jakichś przyzwoitych wartości, bo ostatnio naprawdę bliska już byłam stwierdzenia, że jednak wolę zimę - zawsze można się ciepło ubrać, w drugą stronę jest zdecydowanie trudniej. Oczywiście, jest lato i powinno być ciepło, brakuje jednak przelotnych, ciepłych deszczy i temperatur w granic 25, a nie niemal 40 stopni.



Luśka także delektuje się dzisiaj przyjemnym wiaterkiem, chociaż ona akurat uwielbia smażyć się na słonku, a przy braku wystarczającego ciepełka leżakuje na tunerze, gdzie ma jakieś +50.


Przyzwoitsza pogoda pozwala nareszcie także coś porobić, bo różnie mi to wychodziło przez ostatnie dni. Jak zwykle nie umiem się zdecydować i Ikati cierpi chwilowo na rzecz naparstków, a wszystko to dlatego, że uruchomiliśmy wreszcie stronę Mojej Kolekcji Naparstków, na którą oczywiście serdecznie Was zapraszam! Jeśli tylko znacie jakichś "zbieraczy" albo osoby, które potencjalnie chciałyby się zbieractwem zarazić, podajcie proszę dalej moje naparstkowe namiary! Miłej niedzieli!

wtorek, 30 lipca 2013

Pomazursko

Tegoroczne wakacje właściwie dobiegły dla nas końca, niestety. Obowiązki zawodowe nie pozwoliły na wiele, nie pozwoliły też wtedy, kiedy byśmy chcieli. Z Mazur niestety wywiała nas skutecznie fatalna pogoda, która od naszego sobotniego przyjazdu codziennie miała się niezmiennie już, już poprawiać i nie uległa jakiejś spektakularnej zmianie aż do piątku, kiedy to wróciliśmy do stolicy, nie wierząc w sobotnią poprawę - i chyba słusznie.


Wstyd się przyznać, ale pierwszy raz dotarliśmy w tamte rejony. Szkoda, że z niezależnych przyczyn okolica nie mogła nam się najpiękniej zaprezentować. A jest tam naprawdę cudownie, jeziora i niesamowite lasy, do tego, wcale nie było jakichś tłumów - może po prostu tylko my nie wiedzieliśmy, że akurat przez ten tydzień niebo będzie nieustannie zasłane chmurami.

Pomimo nienajlepszych warunków, staraliśmy się spędzać miło czas i - przede wszystkim - odpoczywać. Paweł dzielnie znosił inwektywy słane przeze mnie co rano w stronę pań pogodynek i panów pogodynków - przyznacie, że ze sprawdzalnością prognoz jest fatalnie...

Pierwszego dnia, z marszu zwiedziliśmy leśniczówkę w Praniu, gdzie mieści się muzeum Gałczyńskiego. Jest to niezwykle urokliwe miejsce w samym środku lasu. Do tego, ku naszej wielkiej radości, w sobotę odbywał się tam koncert Katarzyny Groniec (10 zł za bilet!). Rzutem na taśmę udało nam się zdobyć bilety, z których ktoś zrezygnował. Genialny wieczór, pierwszy i najlepszy na Mazurach!


Podczas wyjazdu udało nam się odwiedzić dość opustoszałe - ku mojemu zdziwieniu - Mrągowo. Jakoś po pobytach nad morzem czy w górach inaczej sobie wyobrażałam mazurski "kurort". Generalnie, po tym króciutkim pobycie, Mazury będą mi się kojarzyły z pięknymi terenami, unijnie odnowionymi budynkami czy trasami i poupychaną między to wszystko straszną "bidą". Naprawdę widok miejscami jest przygnębiający. Podupadające sklepy i knajpy, poPGRowskie klimaty, w centralnym punkcie postukujące serce w postaci "Biedronki" i "PoloMarketu", do wyboru. Z braku pogody, nie korzystaliśmy z atrakcji mazurskich, takich jak przepłynięcie promem, statkiem, rowerkiem czy choćby kajakiem, a przez to zaglądaliśmy w rozmaite "dziury" i zobaczyliśmy ten nieco mniej wesoły krajobraz. Łoj, jakaś taka refleksyjna atmosfera się zrobiła. Wystarczy.




Codziennie polowałam na taką czy inną zwierzynę i fotografowałam, z różnym skutkiem, bo na przykład perkozy za nic nie chciały podpłynąć bliżej. Zakumplowałam się za to ze stadami kaczek i łabędzi. Zwierzaki są genialnym obiektem obserwacji, mogłabym tak siedzieć godzinami, a już samo drzewo za oknem dostarczało wielu atrakcji.


Drugiego dnia udało nam się zwiedzić Wilczy Szaniec. Jest to na pewno miejsce warte odwiedzenia i robiące niesamowite wrażenie, przede wszystkim ogromną liczbą i rozmiarami budowli. Na pewno pobudza do refleksji i rozmów. Chociaż, oczywiście i tam nie zabrakło panienek robiących sobie "słit focie" na tle ruin i włażących, gdzie tylko się uda, pomimo wszęchobecnych "achtungów" i zakazów...

Po drodze do domu, w Wojnowie, urzekło nas piękno niewielkiej cerkwi. Ja oczywiście natychmiast zakochałam się w jej biało-niebieskim kolorycie. Przepiękne miejsce. Szkoda, że nie udało nam się dotrzeć do większej liczby takich, ale może uda się to kiedyś nadrobić... Pogoda niestety dość mocno pokrzyżowała nam plany, a szkoda, bo mazurski klimat jest naprawdę wyjątkowy.



środa, 17 lipca 2013

Talia

Wiem, że wpadam dziś jak po ogień, ale chciałam Wam tylko napisać, żebyście - jeśli nie zdążyliście Jej poznać - odwiedzili koniecznie kanał Talii na YouTube.

Talii już nie ma. Nie powinno tak być... Oby po drugiej stronie było Ci lepiej Mała.

niedziela, 9 czerwca 2013

Natu i Dr Misio, czyli Top Trendy 2013

Jako wielbiciele muzyki rozmaitej - ostatnimi czasy niekoniecznie ciężkiej, jak za starych czasów - śledzimy zawsze dzielnie, choć czasem z bólem serca, wszystkie imprezy i programy muzyczne i okołomuzyczne.

Wczoraj obserwowaliśmy w ramach festiwalu Top Trendy 2013 zmagania dziesięciu uczestników Konkursu Trendy.

No i wszystko pięknie, tylko tak na początek, niech mi ktoś powie, co do ciężkiej i niespodziewanej... robił tam niejaki Tomasz "Pączek w tłuszczu" Karolak ze swoim ciężkostrawnym utworem, niemiłosiernie przefałszowanym od początku do końca? Bardzo fajnie, że ma znane nazwisko, i że go stać na sprzęt, promocję, bywanie tu i tam, że ma zespół i coś tam sobie próbuje, ale żeby od razu to promować, pokazywać? Wczorajszy pokaz umiejętności wokalno-instrumentalnych wołał o pomstę do nieba. Nie będę się nad tym rozwodzić, zachęcam do bojkotowania takich niskich przedsięwzięć. Naprawdę, nie każdy może i powinien śpiewać, trochę samokrytyki i klasy Panowie. Spuśćmy zasłonę. Kropka.

Zawsze obserwujemy z ogromnym samozaparciem tego typu imprezy z nadzieją na jakieś objawienia i... z reguły jednak jest na co czekać. Nie inaczej było wczorajszego wieczora.

Po pierwsze, Natalia Przybysz. Byliśmy czas jakiś temu na koncercie zapowiadającym płytę, jaką "Natu" przygotowała w hołdzie Janis Jopin. Jako wielka fanka i osoba przekonana o nietykalności "Perły" muszę przyznać, że czekam z niecierpliwości na moment, gdy ta płyta zagości na naszej półce i będę mogła katować ją w nieskończoność. Wczoraj poznałam utwór "Niebieski", który poniżej dla Was załączam i gorąco polecam. Nawiązuje do starej, dobrej stylistyki i znalazł się podobnież dodatkowo na oczekiwanej przeze mnie płycie Kozmic Blues: Tribute To Janis Joplin.


Po drugie, i wystarczy - Dr Misio! Moje absolutne odkrycie i kolejna płyta do upolowania. Myślałam sobie dotychczas, że ten zespół to jakiś taki żart, przerysowany, "jakubikowy" twór. Jakże się myliłam! Po pierwsze, okazało się, że Pan Arkadiusz w bardzo ciekawy sposób operuje gębofonem. Po drugie, zaprezentowany w ramach konkursu, utwór "Mentolowe papierosy" fenomenalnie brzmi. Grupa wygląda zawodowo. No i należy nadmienić, z jakim zestawem mamy tutaj do czynienia... Za teksty odpowiedzialni są Panowie Varga i Świetlicki. Teledysk do utworu "Młodzi" wyreżyserował, wielce przez nas podziwian, Wojciech Smarzowski. Producentem płyty jest niejaki Olaf Deriglasoff, a paluszki zamoczył także Mateusz Pospieszalski. Panie Arku i Doktoru Misiu chapeau bas! Zachęcam Was do rozlicznych przesłuchań.




niedziela, 5 maja 2013

Kocie królestwo

Od kiedy pojawiła się zabudowa, koteczek przeprowadził się na balkon. Jak pokazywałam w ostatnim wpisie, zaczęłam wprowadzać na balkon przecudnej urody kwiecie. W tym roku skusiliśmy się na drobne bratki. Od tamtej pory wydłużyły im się główki, zrobił nam się taki z lekka polny klimat, ale nadal prezentują się nieźle.


Dzisiaj, w poobiedniej porze, Paweł zauważył, że kocinka nie urzęduje na przygotowanym specjalnie dla niej miejscu na półce i - ku mojej rozpaczy - uwaliła się rozkosznie na najładniejszej bratkowej kompozycji.



Nie miałam sumienia jej pogonić, zresztą i tak było już za późno... Od rana marzyła jej się ta poza. Uwiodło ją połączenie - pierwszych od ładnych kilku dni - promieni słonecznych i chłodnej ziemi.




Po kilkudziesięciu minutach kotek się nam zagotował, opił wody i odpoczywał na zimnej podłodze. 

 
Szkoda mi kwiatków, a jakże, ale kocia radość wszystko rekompensuje. Bardzo się cieszy tym balkonem i bardzo nam tę kocią wdzięczność okazuje.

sobota, 20 kwietnia 2013

Maja w ogrodzie, Agnieszka na balkonie

W domu rodzinnym absolutnie nie przejawiałam kwiatowych miłości, ni zdolności. Udało mi się ukatrupić nawet zestaw kaktusów, na których miałam trenować. "Na swoim" tymczasem solidnie załapałam ogrodnikowego bakcyla. Samodzielne kombinowanie sprawia mi ogromną frajdę. Najbardziej cieszy mnie ukwiecony balkon, który widać u nas z dużego pokoju, więc nasz mały ogródek jakby wchodzi nam na salony.


W samym pokoju nie ma zbyt wielu roślin, ze względu na naszego szarego ruska. Na balkonie ryzyko zniszczeń jest mniejsze. Zresztą, kotka ostatnio porusza się jakby z nieco większą gracją (odpukać).


Jest zachwycona aranżacją balkonu i kompletnie się tam przeprowadziła. Obwąchuje bratki, gania robaczki i jest wyznawcą teorii, że ktoś mieszka w przebiegającej w rogu balkonu rynnie. Potrafi tak siedzieć przez godzinę, nieruchomo wpatrując się w obiekt uwielbienia.


W tym roku pozimowe odświeżenie balkonu odbyło się póki co właściwie jedynie za pomocą bratków. Wybrałam te w odcieniach fioletów z domieszką żółtego. Mama wyposażyła nas w cebulki, więc będziemy się odżywiać własnym szczypiorkiem. Dokupię na pewno jeszcze tradycyjnie zestaw ziół, z obowiązkową na ciepłe dni miętą. Na pewno pojawi się rozmaryn i tymianek. Puste osłonki już czekają.



Na zakończenie nasz szczęśliwy kotek. Fantastycznie jest ją teraz obserwować. Życzymy cudnego łikendu, mimo pochmurnej aury!





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
 
speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com