poniedziałek, 27 lutego 2012

W kinie w Warszawie

Nie udało "nam" się dostać Oscara. Szkoda, bo wielce kibicowałam Pani Agnieszce. Chociaż filmu jeszcze, jak to zwykle u mnie bywa, nie zdołałam obejrzeć. Seansy kinowe jakoś totalnie nie korelują z moimi godzinami pracy. Niestety, wypad do kina na 16 - za wcześnie, 18 to już nieco za późno, dodając reklamy, mając na uwadze dojazd i czas trwania filmu i moje wstawanie po 5 rano... Ehh. Na oku miałam ostatnio co najmniej trzy filmy i pewnie jak zwykle skończy się w większości na zakupie płyt, ale kombinuję, jakby się jednak wybrać na W ciemności, chciałabym w kinie...

Nie lubię multipleksów. Drepczemy zazwyczaj do Feminy czy Wisły, no i zawsze uwielbiałam Muranów... Wieki nie byłam. Rzadko chadzamy do kina. Wybieramy tylko niektóre tytuły. Ostatnio Czarny czwartek, śledzimy opinie, wybieramy reżyserów. A, prawdę mówiąc, z reguły nie zdążamy przed zejściem obrazu z ekranów. No wiem, wiem. Paranoja.

Zresztą, coraz częściej dochodzę do wniosku, że cudnie oglądać filmy w domu. Możliwości dźwiękowo-wizualne są naprawdę na dobrym poziomie - naturalnie, kino to to nie jest - ale prawda jest taka, że jestem rozbestwiona i marudna, a w domu mamy wygodne, dobre miejsca, można zatrzymać, wyłączyć, można popijać pod kocem aromatyczną kawę i śmiać się na cały regulator.

Do kina chodzę na filmy, a na koncerty, żeby posłuchać muzyki. W multipleksach do pasji doprowadza mnie wszechobecne żarcie popkornu, czipsów i wszelkich śmierdząco-szelesczących dóbr, niewyłączane telefony i znudzone dzieci za małe na filmy dla dużych. Za to mniejsze kina podupadają i też nic przyjemnego, śmierdząco, brudząco i pusto..., a szkoda.

Brak komentarzy:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
 
speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com