piątek, 28 grudnia 2012

Zew natury

Najcudowniej jest na mniej lub bardziej mroźnym balkonie. Lucynka zaczęła kichać ostatnimi czasy, ale nie daje się za nic przekonać, że może dobrze by jej zrobiło ukrócenie wizyt za oknem.


Nocami wyje i marzy o siedzeniu po drugiej stronie "lustra". Wykorzystywaliśmy już wszelkie sposoby, ale najchętniej zamieszkałaby na balkonie. Nie skutkuje głaskanie ni karcenie. Kocisko wyje rozpaczliwie do klamki. W akcie desperacji wchodzi na telewizor i próbuje się wspinać - ku mojemu przerażeniu - na półki z naparstkami, jednocześnie bez wytchnienia zawodzi. Po chwili zeskakuje i tupie do kuchni, gdzie wskakuje na blat i... wyje do okna, na zmianę szarpiąc żaluzje i grając na kuchennych chochlach. Po czym, wraca pod drzwi balkonowe i... zaczyna od nowa swój taniec.

A przecież nie sposób zostawić kocisko na pół nocy na balkonie. Przy większych mrozach wytrzymywała kilka sekund i chciała wracać. A już po chwili w domu, chciała sprawdzić, czy przypadkiem na zewnątrz nie zrobiło się cieplej. Ogromnie to mądre zwierzątko, ale jakoś z tym balkonem nie możemy dojść do porozumienia, co niezmiennie przypłacamy nieprzespanymi nocami.

Za to za dnia, kiedy jesteśmy w domu... Tak wygląda pełnia kociego szczęścia.





czwartek, 27 grudnia 2012

Nowa lokatorka

No i znowu jakaś karygodna przerwa w blogowaniu! Jak zwykle pochłaniało mnie tysiąc spraw, a od miesiąca ganiam po domu naszą nową puchatą lokatorkę, żeby móc Wam ją ładnie zaprezentować. A jak wiadomo, zrobienie zdjęcia nie jest takie proste...


Miesiąc temu przybyła do nas panna Agatka. Bohatersko opuściła transporter, podreptała pod łóżko, ale... spędziła tam tylko trzy godziny. Luśka po przywiezieniu wyła nam przez dobre trzy dni (i noce!) w samym rogu pokoju pod łóżkiem (nie do wyjęcia i nie do ugłaskania). Agatka tymczasem (przechrzczona już pieszczotliwie na Gagatka bądź Gacię), błyskawicznie się zadomowiła i rozpłynęliśmy się pod wpływem jej puchatego uroku.


Początkowo, panie podzieliły się miejscem w mieszkaniu. Lusia przeprowadziła się razem ze swoim przerażaniem do kuchni, zostawiając Agatce salon. Także puchate łapy przez kilka dni rozkosznie rozjeżdżały się na drewnianej posadzce. A cała puchata kulka przewracała się rozmruczana w zachwycie, kiedy tylko się ją dotknęło.


Niestety, Lucynka przez tych kilka tygodni spacyfikowała brutalnie Agatkę i obecnie urok zamyka się na niewielkiej powierzchni wiklinowego koszyka i czasem wychodzi na krótkie spacery, kiedy ciocia Lusia śpi.

Gacia była w dużej mierze pomysłem dla Lucy, spędzającej całe dni samotnie i spragnionej nieustająco naszej miłości, kiedy wracamy z pracy. Na razie czekamy wszyscy na lepsze czasy, bo Lusia jak rozpaczała nocami, tak rozpacza, Agatka przerażona chowa się w koszyczku, a my martwimy się teraz o dwa puchatki i nadal niekoniecznie przesypiamy spokojnie całe noce... Ale dla podwojonej mruczącej miłości, jesteśmy dzielni!

niedziela, 26 sierpnia 2012

Łikend jak zawsze pracowicie

Dzisiaj napracowałam się wielce i uporządkowałam nasz nieco zaniedbany zeszyt z zaproszeniami oraz biletami z teatru, kina, wystaw, itd. Trzeba będzie jeszcze zasiąść solidnie do zdjęć, które - chyba nietypowo dla naszego pokolenia - postanowiliśmy wywoływać. Najpierw jednak trzeba znaleźć czas i wybrać te wyjątkowe, a że mamy solidne zaległości to musimy to dłuższe posiedzenie zaplanować, bo zajmie nam ono, oj zajmie...



Przygotowałam także kilka zawieszek na Ikati, o czym możecie poczytać na blogu. Poprzestawiałam i dosadziłam kwiaty i tylko na naparstki zabrakło znowu czasu, ale w końcu się znajdzie, już ja o to zadbam. Z blogiem nie jestem na bieżąco, a i odświeżanie strony niedomaga, a do tego trwa i trwa i znowu muszę męczyć o to Męża - jak to dobrze, że mogę pomęczyć, sama nie dałabym sobie rady z tym wszystkim.




Na balkonie dumnie już stoi moja wymarzona ławeczka, z którą Paweł mocno się namęczył, ale po malowaniu wygląda naprawdę imponująco, no i pomieściła wszystkie skarby, które zawalały nasz "ogródek". Pomysły mi się nie kończą, także balkon ewoluuje, tak, jak i całe mieszkanie.



piątek, 17 sierpnia 2012

Znowu w kuchni chwil kilka

Zafundowaliśmy sobie mały, trzydniowy konkretnie, urlop u Rodzinki. Jak to ostatnio u mnie bywa, nawiozłam skarbów od mojej Cioci, która za nic nie mogła pojąć, cóż ja w tym widzę. A przecież buszowanie na targach staroci niejednokrotnie ukierunkowane jest na takie cacka, które można potem wykorzystać, jako ciekawą ozdobę, bądź wykorzystać w jakiś nietypowy sposób.


Na przykład wywleczona przeze mnie bańka na mleko, która póki co zamieszkała na kuchennym parapecie, może być doskonałym wazonem albo pojemnikiem na sztuće.


Znalazłam także ceramiczne odważniki, którymi z namiętnością bawiłam się w dzieciństwie, także mają dodatkowo sentymanetalne znaczenie. Z bananem na twarzy załadowałam je do torby i przywiozłam do nas.


No i terem, terem, jest, jest też nareszcie od roku poszukiwana (całą niemal rodziną) ta oto roślina - Hebe! Udało się w końcu w kwiaciarni nieopodal. Na razie jest zieloniutka, na zdjęciu nie prezentuje się może jakoś powalająco, ale czekam wielce, kiedy obsypie się kwiatami, bo dopiero zaczyna. Przy okazji i zupełnie niechcący natknęliśmy się na taką oto stronę Stowarzyszenia Hebe! Biorąc pod uwagę, że znalezienie roślinki graniczyło z cudem, liczba gatunków na tej stronie robi kolosalne wrażenie. Miłego łikendu Wam życzę i słonka!

środa, 8 sierpnia 2012

Miły prezent i nowe drobiazgi

Dostałam od Ewy fantastyczny prezent, który będzie się do mnie uśmiechał na stanowisku pracy moim ukochanym fioletem - misternie przygotowana bransoletka z napisem Ikati Jewellery. Bardzo, bardzo dziękuję :* Jak widać na załączonych obrazkach, nie mogę się zdecydować na miejsce, z którego będzie mnie podglądać, ale pracuję nad tym.



Kuchnia tymczasem wzbogaciła się o nowe drobiazgi. Przede wszystkim, długooczekiwana ażurowa miska na owoce. Poniżej prezentuje się pusta i tak pewnie będzie to przez większość czasu wyglądało, bo Lusia niestety bardzo dokładnie ogląda wszystkie owoce i zawsze sprawdza mniejsze i większe potencjalne kocie zabawki.


W sklepie Wszystko za 5zł natomiast upolowałam, w cenie nieco wyższej niż tytułowy piątak, dwa pojemniki na przyprawy. Idealne!


Na zakończenie, nasza urocza ramka w przedpokoju (którą zapominałam wstawić w poprzednich wpisach). No mam słabość, a co!


Pozdrawiam Was wielce pracowicie, bo dzielnie powstają nowości do Ikati i nie tylko. Nabrałam nowych sił, więc trzeba korzystać!

sobota, 4 sierpnia 2012

Z krótką wizytą w kuchni

Storczyk zdążył już pogubić płatki, a ja ciągle nie miałam kiedy zamieścić zdjęć, dlatego teraz mam świetną pamiątkę, a i Wam mogę pokazać, jak było ślicznie. Maleńką doniczkę wstawiłam do angielskiego mlecznika. W kuchni prezentuje się idealnie. Wątłej mięty w tle już się pozbyłam, a w miseczce z maszkaronami próbuje - wbrew Lusi - rozwijać się roślinka, której nazwy niestety nie znam - drobne kuleczki, które przy dotknięciu spadają, każdą można wetknąć w ziemię i próbować rozmnożyć - no to próbujemy :)



A niżej to już Lucynka z moją lalą. O dziwo, nie zajada wełnianych włosów. Zdarza jej się jedynie umyć filcowe buciki. Poza tym, głównie sobie razem przesiadują.


niedziela, 22 lipca 2012

Lala wreszcie w kuchni i nowa, ażurowa zdobycz

Lala Lila zamieszkała na półce w kuchni - nareszcie! Myślałam o tym od dłuższego czasu. Tildową maskotkę kupiłam z myślą o kuchni i nie wyobrażam sobie, żeby mogła zasiąść gdziekolwiek indziej. Leżakowała jednak przez cały ten czas w szufladzie komody. Najpierw, dlatego że czekałam na odpowiednie miejsce. Potem, kiedy pojawiła się już półeczka, nie miałam odwagi posadzić jej na wyżynach i wystawić na pastwę mojej dzikiej kociej bestii. Wreszcie dojrzałam do tej decyzji i jak na razie Lusia lali nie ogląda. Postanowiłam sobie poza tym, że właściwie to należy stawiać i sadzać to, co chcemy, tam, gdzie chcemy, oczywiście w granicach rozsądku.


Od Mamy zabrałam dzierganą makatkę, bez pomysłu - bo ładna, jak to bywa. Ten jednak nadszedł niezwykle szybko i "dziergankę" zawiesiłam za oczka na łapkach białego wieszaka kuchennego. Nie wiem, jaki był zamysł autora, ale na tle naszej lawendowej ściany prezentuje się bardzo ładnie.

piątek, 20 lipca 2012

Nowe drzewko

Jeszcze jeden łup z ostatniego łikendu, tym razem sklepowy. Wypatrzyłam na półce z przecenami śliczne drzewko w cenie... 7zł. Nieco przysuszone i może nieidealnie uformowane - tak tłumaczyłam sobie przyczy obniżki, bo żaden ze mnie znawca tematu, chociaż dzielnie próbuję.


Drzewko zamieszkało na parapecie kuchennym i - póki co - Luśka mu odpuszcza. Podjęła próbę spożywania listków pierwszego dnia, ale chyba gałęzie jednak w ząbki kłuły. Problem jest tylko jeden - otóż, jeśli macie jakąś koncepcję, cóż to może być za gatunek, piszcie! :) Niestety, jak to bywa, drzewko oznaczono jako bosai mix... Właściwie do niczego specjalnego nie jest mi ta informacja potrzebna, bo - niezależnie od wszystkiego - mogę mój nowy okaz wykończyć (kilka drzewek już miało mnie dosyć niestety i dzielnie towarzyszy mi jedynie kilkuletni Ficus retusa), nie mniej jednak, chciałabym się nie zdziwić, kiedy na przykład zgubi mi na zimę listowie.

poniedziałek, 16 lipca 2012

Półeczka oswojona

Nieustająco kombinuję sobie, jak urządzić półeczkę. Upolowałam nawet w sieci zazdrostki z metra, ale kiedy poprzymierzałam wyżej, niżej, na linii półki i pomiędzy półkami, orzekłam, że nie mam przekonania i na razie firaneczki poczekają na lepsze czasy w szufladzie. Poza tym, nie bardzo wiem, jak miałabym je zamontować. Nie chciałabym dziurawić półki, klej nie wchodzi w grę, może coś mi wejdzie w oczy...


Grunt, że półeczka nabrała już domowego charakteru poprzez dość solidne jej zagracenie. Zamieszkały zioła, herbata, puzdereczka, słoik i foremka. Zawsze można poprzestawiać. Kiedyś bardzo przywiązywałam się do miejsc, w który dane rzeczy stały. Przy ścieraniu kurzy dokładnie zapamiętywałam, gdzie znajdował się chwilę wcześniej obrys przedmiotu i z aptekarską precyzją starałam się wszystko ustawić dokładnie tak samo. Teraz, już tylko czasem, kiedy ktoś coś przesunie albo koteczek, z wrodzoną zgrabnością, coś obróci, przemykam - jak marnie wyszkolone panie w niektórych sklepach - krok w krok za delikwentem i poprawiam zburzony ład.


Na nowym mebelku postawiłam także przywiezione od Cioci naparstki. Zastanawiam się teraz tylko, czy je również włączyc do kolekcji...? ;)

środa, 11 lipca 2012

Agnieszka w ogrodzie

Natrafiłam dzisiaj bladym świtem na Maję w ogrodzie. W programie podejrzałam bardzo ładne rozwiązanie dla moich doniczek (już dwóch!) z otworami w kształcie serc.

Nie udaje mi się nie przelewać roślinek każdorazowo, także woda od czasu do czasu ląduje w drewnianej osłonce. W związku z czym, konieczne stało się wyłożenie pojemników starymi torbami foliowymi (recycling, a co!). Jednak w przypadku osłonek z otworami jest to mało efektowne rozwiązanie, bo przez dziurkę wygląda do nas mało elegancka biała folia...


Natchniona obrazkami z telewizji, wykorzystałam dzisiaj kawałki zwykłej plastikowej siatki do przełamania tego mało estetycznego rozwiązania. Żeby nie ograniczać sobie możliwości ewentualnego innego wykorzystania pojemników, prostokąty siatki po prostu wsunęłam pomiędzy osłonki a woreczki foliowe, nie mocując ich w żaden specjalny sposób. Efekty możecie zobaczyć na zdjęciach.

Na balkonie zawitała też (wreszcie!) moja wymarzona lawenda. Zobaczymy, jak się będzie sprawować. Cały czas, z różnym skutkiem, uczę się oswajanie rozmaitych roślinek, a tę po prostu uwielbiam. Cudnie pachnie!

wtorek, 10 lipca 2012

Sypnęło naparstkami

Podejmuję właśnie bohaterską próbę wskrzeszania bloga Mojej Kolekcji Naparstków. Chciałabym także tędy prosić Was o doping wpisowy, bo czasami naprawdę niewiele trzeba, a jakoś tak zanim się zbiorę, wybiorę, zdjęcie zrobię, to u hu hu.

Blog naparstkowy pisany jest, z przyczyn oczywistych, falami, bo tak właśnie rozrasta się kolekcja. Czasami przez dłuższy czas skarbów nie przybywa, a potem... jak nagle sypnie... prezentami powakacyjnymi na przykład albo w efekcie jesienno-zimowych, wieczornych poszukiwań :)

Ostatnimi tygodniami pochłaniały mnie skutecznie sprawy wielce osobiste, ale teraz już mogę co dni parę skrobnąć coś to tu, to tam. Trzymajcie kciuki! I zaglądajcie, zapraszam, i tu, i tam.


poniedziałek, 9 lipca 2012

Weryfikacja

Bosz, jak ja się nie odnajduję w tym knuciu, udawaniu, się niby-lubieniu, przyklejonych uśmiechach i tych innych. A jakże bym chciała i jak się ciągle nabieram, bo przecież ja tak nie mam to inni na pewno też nie, na pewno lubią, szanują, chcą się spotkać... i ciągle się nabieram, i ciągle żałuję, i ciągle - raz na jakiś czas się przelewa - i znajomych ubywa, się wykruszają, sami, bo bez wproszenia się w ich świat, oni tego mojego nie potrzebują. Trudno.

Dla mnie relacja to nie moje dopraszanie, zabieganie, się proszenie, to chęć wypływająca z obu stron. Nie jestem jakąś wariatką, nie że codziennie, co tydzień, co ileś, to nie ping-pong, ale jeśli widzę, że komuś totalnie nie zależy, że ja "ciuciuruciam" te swoje żałosne mejle, smsy... raz, drugi, trzeci i nic... i nie ma odzewu, trzech słów co u nich, że zabiegani, że nie było jak, czasem tylko jakaś odpowiedż "na odwal się", ale żeby tak sami z siebie...? Co to to nie...

I nie chcemy się zamykać, choć we własnym sosie nam całkiem dobrze, ale czas weryfikuje fatamorganę wielkich przyjaźni i zwykłych znajomości, a proza życia pokazuje tych prawdziwych i to jest wielkie zaskoczenie i wielka radość, i nie potrzebuję tych dzikich tłumów :) Dobrze, że jesteście. Zostańcie, jeśli możecie.

Taka ze mnie staromodna baba jakaś,
w pisaniu listów też bym się odnalazła :)

wtorek, 3 lipca 2012

Męskie Granie 2012

Jako muzycznie kochliwe zwierzę się zadużyłam w Panu Dyjaku. Tegoroczną edycją Męskiego Grania dyryguje ulubiona moja Kasia N. i singiel do tegoż wydarzenia wykonuje z wyżej wspomnianym Panem, który absolutnie mnie zelektryzował. Muzycznie kawałek nawiązuje do solowej płyty Kasi UniSexBlues. Nic w tym jednak dziwnego, bo wystarczy spojrzeć na ekipę realizującą projekt (Macuk/Bors) - dla mnie zatem nic odkrywczego, ale - jako, że lubię ten klimat wielce - liczę, że może dzięki temu projektowi da się poznać szerszej publiczności, no i ten Dyjak...

niedziela, 1 lipca 2012

Herbaciany blues

Moment mam teraz niespecjalnie herbaciany. Zawsze spożycie wzrasta u mnie wraz z nastaniem chłodniejszych wieczorów, ale... nie mogłam się powstrzymać i włamałam się czem prędzej, bo uwielbiam nowe mieszanki - dziś: na zielono z ananasem, kwiatem słonecznika i aromatem mango - pyszna, łagodna, o delikatnym zapachu, zupełnie nie przeszkadza mi na zimno, czyli przy egzotycznych temperaturach najbliższych dni jak najbardziej do pochłonięcia! Dziękuję Dziewczyny :*


Popijamy herbatę, gra nam doktor House (świetna płyta! dziękujemy). I jeszcze raz bardzo dziękujemy wszystkim za przybycie na nasze ślubne after party, i z pracy, i z podwórka i ze szkoły. I za piękne prezenty dziękujemy. Bardzo, bardzo nam było miło.


Tymczasem Lucyna, stęskniona po naszym wczorajszym wybyciu, delektuje się dzisiaj obecnością umęczonych upałem nas :) Dobrze, że ktoś w domu jest pełny energii chwilowo, bo ten ktoś ostatnie dni przesypiał jeszcze bardziej i dłużej niż to kotki mają w standardzie.






No i się kociątko zmęczyło...

środa, 27 czerwca 2012

Moja wymarzona do kuchni

Po "drobnych" poprawkach, a konkretnie zamalowaniu efektu shabby chic w postaci przetarć, który jednak do nas nie przemawiał, Mąż zamontował mi moją wymarzoną białą półkę. Namęczyło się Biedaczysko co nie miara z moim kolejnym pomysłem, ale efekty są rewelacyjne. Dokładnie o to mi chodziło.


Ponieważ półkę zamawialiśmy przez Internet, kiedy przyszła okazało się, że te przetarcia jakoś nam nie pasują, a może ich wykonanie po prostu gryzło nam się z resztą kuchni. Na razie półeczka zawisła pusta, a ponieważ po przymiarkach wylądowała w nieco innym miejscu niż pierwotnie planowaliśmy, zastanawiamy się teraz co i jak można tam postawić, żeby nie kusić naszego tygrysa.

niedziela, 24 czerwca 2012

Poślubne polowanie

Myślałam, że w Kazimierzu, w ramach ślubnego bonusa, upolujemy sobie jakąś rycinę czy akwarelę z miasteczkiem. Żadna nas jednak nie urzekła, a z miodowego tygodnia przyjechały z nami... kurki. Marzyły mi się takie ptaszory w kuchni, a sposób namalowania tychże mnie urzekł.


Moi Koledzy z pracy natomiast podarowali nam kartę upominkową do sklepu Duka. Normalnie pewnie nie skusilibyśmy się tak łatwo na takie drewniane młynki chociażby, a tak nadarzyła się do tego świetna okazja. Młynki prezentują się świetnie i wyglądają bardzo porządnie, mają ceramiczny środek, a to podobno dobrze :)


W Duce upolowaliśmy także urocze osłonki na zioła. Znakomicie prezentują się na niedawno wybranym w Ikei regale na balkonie - bardzo polecam, kosztował grosze, a jest całkiem spory, świetnie się sprawdza jako kwietnik, no i jest to stal galwanizowana, a co za tym idzie sprzęt nadający się zarówno do domu, jak i na zewnątrz.


Kilkukrotnie miałam już w ręku maleńkie foremki na babeczki i mini-tarty. Zawsze odstraszała mnie cena, ale tym razem się skusiłam. Posłużą jako miseczki na orzeszki czy czekoladę albo pestki z czereśni czy zużyte herbatki ekspresowe - wczoraj testowane, polecam :)


Bardzo, bardzo dziękujemy za te prezenty! Karty nie zużyliśmy do końca, także na pewno coś praktycznego jeszcze uchodzimy.


A gdzie jest kotek?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
 
speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com