wtorek, 29 listopada 2011

Szósta godzina

Oj, mam dzisiaj pracowego doła. A co mi tam. Bywa i tak. Wolałabym chyba porządzić się w domu. Tyle rzeczy jest do zrobienia. Kocica byłaby zachwycona, a ja zakopałabym się z kubkiem herbaty pod polarkowym kocykiem i snuła. Plany snuła i się po domu. Kocham wielce moją pracę, ale tak mi się czasem marzy i tak się czuję nie na miejscu, bo tyle jest do zrobienia, zobaczenia, usłyszenia, pochwycenia...


Jutro w naszym sklepie urządzamy 3D, czyli dzień darmowej dostawy. Ciekawe czy ktoś się skusi na świąteczne polowanie :) Miłego popołudnia.

niedziela, 27 listopada 2011

Decoupage - podejście drugie

Dawno, dawno temu próbowałam swoich sił w decoupage'u i niestety nie wyszło z tego nic dobrego. Zniechęciłam się skutecznie na ładnych kilka lat, ale że nie lubię dawać za wygraną postanowiłam do tej techniki na potrzeby własne powrócić.

Jak to zwykle bywa zaopatrzyłam się profesjonalnie w profesjonalny sprzęt w dużych ilościach. Jak to ja, założyłam, że tym razem się uda i nakupowałam pudeł i pudełek w liczbie dużej. Mogę teraz ze spokojem o tym pisać, bo tą razą się udało.


Zaczęłam bohatersko od największej skrzyni i wyszło świetnie. Wykorzystałam białą i brązową farbę akrylową, lakier do spękań i serwetki z motywem róż. Brązowa farba posłużyła jako podkład. Następnie nałożyłam lakier i białą farbę. Róże udało się całkiem równo powycinać i oto mam moje pierwsze dzieło. Nie mam pojęcia, co zamieszka w skrzyni, ale swoje miejsce już znalazła na stoliku w przedpokoju. Jestem z siebie dumna. Chyba wyszło całkiem nieźle, jak na drugi raz. Jak myślicie?

wtorek, 22 listopada 2011

Kolejna noc bezsenna

Bosz, jeszcze chwila i Paweł będzie skłonny zakupić Luśce drugiego kotka. Wyje maleństwo i wyje każdego wieczora i każdej nocy okrutnie. Dwa dni temu w kołdrowej poszewce odnalazł się luśkowy naparstek. Oddałam jej dobre pół roku temu plastikowy egzemplarz, który mi się powtórzył. Znalezisko wprawiło ją w zachwyt, więc na chwilę mieliśmy spokój. Krótką chwilę. Poza tym, pojawił się nowy dramat, drobiazg nie dawał się tak sprytnie zapakować do mordki, jak w czasach kiedy kocięciem była nasza puchata kulka. Eh...

A to było tak...




Także, gdyby ktoś z Was miał jakiś pomysł - inny niż: "kupcie Lusi kolegę lub koleżankę" - na okiełznanie szarego, miauczącego diabełka to czekamy na rady. Dobrego dnia Wam życzę, a sobie już na zapas spokojnej nocy.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Do serca przytul psa

Witajcie, dzisiaj chciałabym Wam pokazać wyjątkowe miejsce. Niestety, również miejsce, jakich wiele. Myślę, że te poczciwe pyski mówią same za siebie. Odwiedźcie bloga i stronę fundacji.


Przecież tak powinno być zawsze...


niedziela, 20 listopada 2011

Zielono mi

Wiem, że to nie pora i że efekty mogą być dosyć anemiczne, ale kilka dni temu zasadziłam roślinkę i wszystko wskazuje na to, że jednak się udało. Z braku słońca i kolorów, zazieleniam swoje domowe pielesze. Popijam aromatyczną kawę, przygotowując nowe propozycje, które znajdziecie u mnie może jeszcze dzisiaj, a 30 listopada zapraszam Was na dzień darmowej wysyłki w naszym sklepie!



sobota, 19 listopada 2011

Mój big-bit

Naszym odkryciem ostatnich dni jest Ania Rusowicz. I pewnie, rzec by można, że odcina kupony, że nie dość, że na płycie jest 6 (na 12) utworów, które wykonywała Jej Mama, to pozostałe kawałki także utrzymane są w stylistyce z tamtych lat. Pani Ania wygląda jak wycięta z niedzisiejszej gazety i fantastycznie tańczy do tych pięknych melodii, bo wtedy były melodie! I były słowa! I tak jest na płycie Ani.


I można by krytykować, że to kopiowanie, że to już było, bo wszystko jest na miejscu: muzyka, słowa, stroje, makijaże, teledysk jak ze starej taśmy, ruchy, spojrzenia... Można by się oburzać, że nie ma nic łatwiejszego niż wziąć szlagiery Mamy i robić na tym kasę. A ja dziękuję Pani Ani, bo kocham te klimaty, a w czasach świetności Ady Rusowicz, Czesława Niemena, Blackout'u i innych, nie było mnie jeszcze na świecie, a dzięki Niej mogę się przenieść o dobrych parę lat wstecz i choć przez chwilę tam pobyć. Piękna płyta na te szare dni. Bardzo ciepła, powiedziałabym "przytulna".

Paweł zrobił mi cudny prezent i 4 grudnia wybieramy się na koncert Ani. Będę mogła napisać Wam coś więcej. Miłego dnia :)

czwartek, 17 listopada 2011

Nosowska o Naturze

W ten prawie zimowy poranek proponuję Wam teledysk w soczystych kolorach z niesamowitymi zdjęciami. Dla mnie przyjemne z pożytecznym - Kasia Nosowska wspiera kampanię Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska Natura 2000. Poczuj to!



Strona kampanii Poczuj Naturę :)

wtorek, 15 listopada 2011

Mikołajkowe pierniczki - przepis doskonały

Od ładnych paru lat marzyło mi się przygotowanie świątecznych (albo i niekoniecznie świątecznych) pierniczków. Postanowiłam wreszcie spełnić swoje marzenie i przyrządzić Mikołajkowe pierniczkowe paczki prezentowe.


W tym celu wykorzystaliśmy świetnie oceniany przepis pani Joli i wspólnymi siłami realizowaliśmy moją "zachciankę". Paweł jako niekoniecznie fan cynamonowych przysmaków bardzo dzielnie mi pomagał, żeby nie powiedzieć, całkowicie przejmował stery w momentach krytycznych :) Dziękuję.


Do wykonania pierniczków pani Joli potrzebujemy:
7 szklanek mąki pszennej (dokładnie 1kg paczka)
1 szklanki cukru
1 szklanki płynnego miodu (może być sztuczny)
4 jaj
1 opakowania przyprawy do piernika
5 dag margaryny
1 szlanki mleka
1 łyżki sody oczyszczonej (uwaga! apteczna się nie nadaje ;)
3 łyżek kakao
lukier: 1 białko, 1 łyżka mąki ziemniaczanej, 1/2 kg cukru pudru, sok z 1 cytryny (nie dodawałam)


Jako niezaprawiona w pierniczkowych bojach i ogólnie nie do końca lotna w kuchennych popisach, błędnie odczytałam przepis, zgodnie z którym 4 jaja należy roztrzepać ze szklanką cukru, margarynę rozpuścić i ostudzić, a łyżkę sody oczyszczonej rozpuścić w mleku i to wszystko wymieszać z mąką pszenną, miodem, przyprawą do piernika i kakao. Ja tymczasem nie roztrzepałam jaj z cukrem i chybcikiem rozpuszczałam margarynę w mikrofalówce, ale - uwaga - pierniczki mimo mojej pierdołowatości wyszły super!


Nie jestem tylko przekonana, że ciasto powinno być aż tak rzadkie, nawet po przenocowaniu w lodówce. Mieliśmy nie lada zagwostkę po tym jak zapomniałam posypać mąką deskę przed rozpoczęciem wałkowania. Przez tę ciągliwość masy nie udało się także osiągnąć perfekcyjnych kształtów. Co nie zmienia faktu, iż nasze ciasteczka - choć może niedoskonałe wizualnie - są absolutnie pyszne!


W rozgrzanym do 170 stopni piekarniku z termoobigiem, na dwóch poziomach, pierniczki piekłam po 9 minut. Po wyjęciu natychmiast przystępowałam do lukrowania, żeby polewa mogła się rozpłynąć na ciepłych ciasteczkach. Przy ilości z obu tac ostatnie ciasteczna niekoniecznie były jeszcze ciepłe, ale udało się.

Co ważne, pierniczki nie wymagają leżakowania, więc spokojnie zdążycie z nimi nie tylko na Wigilię, ale także na Mikołajki, które są tuż, tuż.


Po wystygnięciu zabrałam się do przygotowywania Mikołajkowych paczek. Okazało się, że nie mamy w domu przezroczystej folii. Wykorzystałam więc znaleziony w szufladzie rękaw do pieczenia kurczaka. Polecam. Klasyczny kawał folii albo wersja w rolce nie sprawdziłaby się tak dobrze.


Wsunęłam po kilka ciasteczek do obciętego foliowego prostokąta i zawiązałam na kształt cukierka z dwóch stron rękawa białą, perłową tasiemką. Na koniec przygotowałam bileciki z połyskującego, białego kartonu. Brzegi ozdobiłam dziurkaczem z wzorkiem. Wypisałam treść i gotowe. Pyszne i od serca. Smacznego :)

poniedziałek, 14 listopada 2011

A to dlatego, że nie ma słońca - z wizytą u Księżniczki

Jakieś takie żółciutkie mi te wczoraj ze zdjęcia wyszły. No, ale już trudno, niechaj takie zostaną. Wszystko dlatego, że nie ma słońca, toć to już Kazik zauważył. W ogóle doszłam do wniosku, że marnie mi z tą zimą za pasem. Chyba kiedyś mi to nie przeszkadzało do tego stopnia, ale z każdym rokiem z braku słońca cierpię co raz bardziej. Staram się rozświetlać dni szaleńczymi działaniami i otaczać ciepłem, ale ciepło to nie światło, a widać jego mi trzeba jak powietrza.

Na kilka blogów zaglądam, mimo, że za cholerę nic z nich nie rozumiem. Od czasu do czasu wrzucę coś w Google tłumacza, bo na tyle, żeby zrozumieć jest doskonałym narzędziem. Polecam Wam gorąco takie wycieczki z guzikiem "Następny blog>>". Dzisiaj wewnętrznego słonka dodał mi blog Księżniczki Elin.

źródło: Princesse Elin

niedziela, 13 listopada 2011

Elegancko i niedrogo, czyli porządki w moich skarbach

Łikend jak zawsze spędziliśmy wielce aktywnie. Nie potrafię przesiedzieć bezczynnie nawet minuty. Ostatnio zauważyłam, że trudno mi po prostu zasiąść przed telewizorem bez szydełka, pudełka albo garści korali. Czasami może chciałabym inaczej, ale nie byłabym sobą i chyba bym siebie takiej nie-nadaktywnej nie polubiła. Poza tym, trzeba przyznać, że moja podzielność uwagi czasami nawet mnie samą zaskakuje (nie zmienia to faktu, że filmy przydałoby się oglądać, nie słuchać...).


Osiągnięciem wielkim dnia dzisiejszego jest uporządkowanie moich sklepowych skarbów. W naszej biuro-pracowni mamy już przecudnej urody regał. Przyszła pora na ułożenie asortymentu Ikati. W Ikei zaopatrzyłam się w taniutkie, kartonowe pudła, które znakomicie się do tego celu nadały. Stwierdziłam, że w razie potrzeby sama je przyozdobię jakąś farbą czy papierem kolorowym. Cena była warta podjęcia tego ryzyka, nawet w razie konieczności pozbycia się szarych skrzynek.


Po wszystkim okazało się, że pudełka znakomicie sobie radzą sauté! Pozostało tylko wydrukowanie etykietek, żebym wiedziała, co gdzie znajdę. Na koniec wykończenie etykiet ozdobnym dziurkaczem, klej do papieru i gotowe! W internetowych przebojach PRL Zielone wzgórza nad Soliną. Ja tym czasem z decoupagowym pędzlem spoglądam na moje odświeżone pudła. Wyszło chyba całkiem nieźle. Miłego wieczoru :)

czwartek, 10 listopada 2011

Niekończące się szaleństwo urządzania mieszkania

No dobrze. Wkręciłam się. Nie bez powodu powstała zakładka "wnętrza". Zainspirowana urokliwymi miejscami, takimi jak blog Pani Joanny (odsyłam także do blogów obserwowanych) przeżywam kolejny napad aranżacyjnych wizji na moją wyobraźnię. I tak, kilka rzeczy już do mnie leci, o kwiatowym bziku słów parę już tutaj padło, a w głowie wykluwają się coraz to nowe pomysły.

Niezmiennie doba jest za krótka na to wszystko, co chciałabym zrobić i jeszcze - skubana - ciągle się skraca, bo nie jestem w stanie z niczego zrezygnować, a raz na jakiś czas pojawia się nowy, kuszący plan. I taka to właśnie jest moja niekończąca się walka z materią i czasem, ale... jak to napędza do działania!

Każdy nowy dzień funkcjonuje zgodnie z teorią, że im więcej mamy do zrobienia, tym lepiej upychamy to w czasie, bo przecież musi się dać! Z drugiej strony, nie napinam się. Daję sobie ten komfort psychiczny, że wszystko mogę, a jednocześnie nic nie muszę. Ta nie do końca prawdziwa zależność jest niezwykle oczyszczająca i pozwala mi na nabranie dystansu, do wszystkiego, co robię.

Wczoraj zakończyliśmy regałowe szaleństwo w naszej biuro-pracowni. Zdecydowaliśmy się na biel (na tle zielonej ściany wyszło fantastycznie). Wieczorem zainicjowałam szaleństwo zagospodarowywania nowopowstałej przestrzeni. Nareszcie kolczyki, wisiorki i wszelkie inne wytwory znalazły swoje miejsce i - ku mojej radości - nie zagraciły całej wolnej przestrzeni. Pozostało małe odgruzowanie podłogi, ale czuję w powietrzu kolejną wyprawę do Ikei po więcej puzdereczek. Szkoda, że jutro wolne :)

środa, 9 listopada 2011

Utwierdzam się w przekonaniu, że jestem dziwolągiem

Od niedawna jestem dzielną członkinią wspólnoty mieszkaniowej. Do tematu podeszliśmy wielce poważnie, z zamiarem chodzenia na wszystkie zebrania, zaglądania na forum i ogólnego śledzenia, co na osiedlu i wokół niego piszczy.

Na ostanim zebraniu grupa mieszkańców obaliła panujący nam zarząd. Jako, że prawo przewiduje, że 1/10 mieszkańców może podejmować wszelakie inicjatywy w imieniu ogółu, Państwo wystosowali pismo, zadziałali i skutecznie dotychczasowego zarządcę zawrzeszczeli. Nie uważam, żeby niezadowolenie ze stanu obecnego było bezpodstawne, nie mniej jednak, poziom dyskusji pozostawiał i pozostawia wiele do życzenia.

Jako, że nie jesteśmy zaprawieni w bojach i niewiele jeszcze widzieliśmy staramy się nie specjalnie włączać do rozmowy, bardziej się przyglądamy, słuchamy, chociaż czasami naprawdę trudno wytrzymać. Jedna z młodziutkich Sąsiadek na pytanie, czym właściwie spowodowane są te działania (bo my akurat pisma 1/10 nie widzieliśmy) odpowiedziała, że właściwie to Ona tak dokładnie nie wie, ale że przecież bardziej ufa "kolegom mieszkańcom", bo Oni na pewno będą chcieli lepiej dla własnego osiedla niż jacyś obcy ludzie. Moje gratulacje.

Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, pozostaliśmy w oszałamiającej, trzyosobowej grupie od głosu się wstrzymujących, cała reszta - w dużej mierze jak nasza młodziutka Sąsiadka - podążyła owczym pędem za zaufanym przyszłym zarządem. My nie byliśmy tak entuzjastyczni. Jakoś tak nie ufam od razu ludziom, których widzę drugi raz w życiu, do tego prezentującym się głównie poprzez okrzyki, przerywanie w połowie zdania i buczenie, kiedy ktokolwiek próbuje wyrazić inną opinię. Nie chcę być tak traktowana, dlatego dzielnie będę pracowala nad się nieodzywaniem i nie mam też przekonania, że takimi metodami dużo zdziała się na zewnątrz wspólnoty, ale - jak już pisałam - pewnie za mało widziałam.

Tymczasem, furtka - o którą tak walczyła pewnie jakaś alternatywna 1/10 - bimba się z lewa na prawo, bo przecież trudno nosić ze sobą klucze. Zamykanie śmietnika również jest zbyt skomplikowane. Drzwi do klatki pozbawiono uszczelki. Oznakowania miejsc parkingowych poprzechylały się od umiejętnego parkowania w kierunku "od się". I ciekawe, kiedy ktoś znowu parkując, gdzie nie powinien wjedzie w zreperowane świetliki albo kiedy jakieś złośliwe bydle znowu wkroczy na teren naszego osiedla, żeby zrobić perfidnie kupę pod schodami do jednej z ostatnich klatek...?

wtorek, 8 listopada 2011

Andrzeju!

Zostałam muzycznie powalona. Było to już czas jakiś temu, konkretnie wakacyjną porą. Nie mniej jednak, co by nie być posądzoną o niekochanie Andrzejów, szczególnie tuż przed Andrzejkami, przedstawiam Państwu dzisiaj porywający utwór o Andrzeju w genialnym wykonaniu Joanny Kołaczkowskiej.


Marzę, marzę o Janis Joplin w wykonaniu Pani Joanny! Pani Joanno, kocham Panią!

poniedziałek, 7 listopada 2011

Muzyczne szoły

Namiętnie oglądam -  pewnie troszkę z sentymentu, na pewno odrobinę z zazdrości - wszystkie programy muzyczne, te wyższych i niższych lotów, wszelkie z polska nazwane Wojs of Połland, Mast Bi De Mjuzik i inne Szansy na sukces. Jakież to szczęście, że mamy funkcję przewijania. Zaczynamy z poślizgiem seans i potem wszystkie reklamy i głupie gadki możemy sobie powycinać.

Wczorajsze Must Be The Music, ku mojemu wielkiemu zadziwieniu i radości, wygrał młodziutki Maciej Czaczyk. Bez wstydu przyznaję, że tych prawie 4 złotych na smsa poskąlipiśmy - bez przesady, ale Chłopak naprawdę niesamowicie gra. Jak to z Gitarzystami bywa, wokal może nie jest porywający, ale czy o to w tym wszystkim chodzi...?

W finałowym odcinku naprawdę gościł bardzo wysoki poziom, ale to, że wygrał śpiewający Nalepę Gitarzysta - wow! W najlepszej trójce znaleźli się także genialni Eris is my homegirl. Nie rozumim tylko kompletnie obecności w finałowych odcinkach i ogólnego zachwytu nad młodymi, czasem wręcz małymi dziewuszkami. Wczoraj reprezentantką była Marcelina Olak. Od początku mnie nie porywała. W ogóle nie kupuję tej recepty: bierzemy dziewczynkę - im młodsza, tym lepsza i jakiś miażdzący hymn, np. Dziwny jest ten świat albo My heart will go on - i już! Masakra.

Poniżej zamieszczam fragment dla tych, co nie widzieli. Jakość słaba, ale pewnie z czasem pojawi się coś lepszego, tymczasem na smaczek, Maciej Czaczyk:

niedziela, 6 listopada 2011

Na przekór jesieni

Za oknem co prawda już jesień, ale ciepełko, barwy słońca i brak - tradycyjnej dość o tej porze  - deszczowej szarzyzny, sprawiają, że pachnie już delikatnie kolejną wiosną. Przez to wszystko i gdzieś tam w obronie przed nadchodzącym mrozem, ogarnęło mnie kwiatowe szaleństwo. Nie bez znaczenia jest  też na pewno niekończące się organizowanie naszego gniazdka. Uwielbiam.


Pasjami kupuję donice i doniczki. Przebieram w kwiatach. W marketach można znaleźć mnóstwo bardzo oryginalnych roślin. Nie do końca podobają mi się opisy typu kaktus mix tudzież sukulenty mix średnie. Siedzę potem przed komputerem i szukam, w co to też ja się zaopatrzyłam. Pewniem dziwna, ale lubię wiedzieć. W metalowym wiaderku nowy mieszkaniec, jeden z bezimiennych właśnie.


Kwiaty w większości zamieszkują parapet w małym pokoju, gdzie ukrywają się przed Lucyną - wielbicielką ogrodnictwa. Lusia zawsze dzielnie pomaga w przesadzaniu i podlewaniu. Niestety potem podejmuje też samodzielne próby.


Parapet tymczasowo nie wygląda ślicznie, ale to przez towarzystwo żelazka, dużej ilości moich firmowych śmieci i ogólny przesyt i misz masz. Docelowo kwiaty znajdą swoje miejsce w obydwu pokojach i pewnie nie tylko tam.


Do kuchni zawitały nowe kaktusiki. Ponieważ Lusia prowadzi namiętne badania ziemi kwiatowej, dopuszczalne są tylko ciężkie donice i przede wszystkim kaktusy, które choć trochę budzą respekt. Obok donicy w kształcie wanienki postawiłam mój ukochany ekspres do kawy, prezent od Dziadka, zakup z 1965 roku.

Starzeję się, cholera. Kwiatki, bratki, półeczki, krzesełka. Wszystko kreatywnie, pracowicie, bez ograniczeń i z dobrą muzyką w tle. W końcu zawsze byłam domatorką. Ciepłe kolory, drewno, własne twory i wytwory, koc, filiżanka kawy, kubek herbaty. Tu jest moje miejsce. Teraz jeszcze mojsze :) I chciałabym, żeby taki też był ten blog, i żeby nie brakowało w tym wszystkim rock'n'rolla. Zawsze byłam dziwolągiem. Wokalistka rockowa zbierająca naparstki. Własna firma i spokojne, urzędnicze stanowisko. Widać przeciwieństwa tworzą funkcjonalną całość. Ważne, że odnajduję się ja i Najbliżsi, bo tutaj roi się od podobieństw :)

sobota, 5 listopada 2011

Bielutka jak Nivea

A oto odkrycie dzisiejszego wieczoru. Nowa płyta Katarzyny Groniec. Jak Wam się podoba? Zdania są podzielone, ale...


...kto jeszcze tak potrafi?


I cóż - ja się zakochałam.

piątek, 4 listopada 2011

Witam w odremontowanych progach

Jak już wspominałam na moim onetowym blogu, jakoś nie jestem w stanie zrezygnować z posiadania własnego kącika dla mojej pisaniny. Na nowo zainspirowana słowami, zdjęciami, pomysłami, postanowiłam przeprowadzić się tutaj. Za dużo jest spraw, których nie są w stanie pomieścić moje pozostałe blogi, dlatego otwieram sobie na nowo to stare okienko komunikowania się ze światem i pewnie troszeczkę ze sobą.

Pozdrawiam słonecznie i zapraszam :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
 
speedbloggertemplate.co.cc. Powered by Blogger.com